Matka i córka w dniu matki. Dwie kobiety i miłość

Chcę być jej mamą!

Mama ! jak to brzmi !

W dniu mamy składam wszystkim Paniom matkom, mamom, młodym mamom, mamusiom, mamuniom, macochom, najserdeczniejsze życzenia !

Nie zapominajcie, że Jesteście wspaniałe!

za te noce nieprzespane,

za te oczy obolałe

brzuchy wielkie i nalane

stopy nabrzmiałe,

piersi mleczarniane

Dziękuje sobie i wszystkim, które to wszystko przeżyły.

 

Na tym, zakończę hymny pochwalne 🙂

 

Myśląc o dniu mamy, myślałam o relacjach dorosłych kobiet ze swoimi mamami, o swojej relacji z moją mamą, nieodciętych pępowinach, toksycznym zawłaszczaniu, nadopiekuńczości i wielu innych.

Jednak na ten moment najbardziej zajmuje mnie kwestia związana z matkami i owszem, jednak w kontekście spotykanych matek „tu i teraz”, w moim poczucie matki jaką chcę być dla mojej córki. A może jaką nie chcę być matką?

 

Nie chce być jej przyjaciółką – chcę być matką, co nie oznacza, że nie chcę znać jej trosk, zmartwień, problemów. Chcę, żeby dzieliła ze mną swoje pierwsze miłości, zawody miłosne, rozczarowania, ból jakie one przynoszą, ale i radość, energię, żywotność.

Natomiast moje zawody miłosne, problemy w swoim związku omawiać chcę z moimi przyjaciółkami. Ponieważ moje problemy z partnerem dotyczą przecież jej ojca, ojczyma czy mężczyzny, w którym młoda kobieta widzi męski świat. Mój partner dla „niej” ma być wzorem męskości, autorytetem. To na tej relacji oprze swoje relacje z innymi mężczyznami.

 

Nie chcę być jej rywalką – chcę być jej mamą. Nie chcę wyglądać jak ona. W trampkach, jeansach i krótkiej bluzce odsłaniającej brzuch. Nawet jeśli figura na to pozwala 😉 Chcę mieć zmarszczki widoczne i usta mojego rozmiaru, rozstępy i skórkę pomarańczową. Co nie oznacza wcale, że chcę być zaniedbaną, „sfrustrowaną babą” po 40 czy 50 w worze pokutnym, z włosem rozczapierzonym i niepomalowanymi paznokciami. Wręcz przeciwnie założę tiule i róże, frędzle i falbany, ale zestawię je z moim doświadczeniem. Spokojem w barwach i dostojeństwem czerni, przebytych strat i żałoby.

 

Ten brak zgody na przemijanie prowadzi do sztuczności, klonów wyglądających w Londynie, Rzymie czy Istambule tak samo. Z daleka widzisz „wieczną nastolatkę”, która nie daje za wygraną na parkietach, bankietach czy teatralnych salach. Z dwudziestolatkami w szranki staje. I naraża się nieustannie na przegraną, konfrontacje i frustracje. Czyż nie lepiej rywalizować z kobietami w swoimi wieku, albo 10 lat młodszymi?

No przecież, jeżeli wyglądasz na wiele lat mniej, to na tle równolatek, brylujesz, możesz im dać inspiracje, witalność i energię z Ciebie płynącą.

 

Nie chce się z nią porównywać- zaskakujące dla mnie jest, jak kobiety opowiadają, w jaki sposób one są lepsze/ lub gorsze od swoich córek. Różną przybiera to formę, czasem żartu, czasem żalu, czasem przyjemności.

Ona ma takie liche włosy w porównaniu do mnie?!

– Ona ma taką szorstką skórę, szkoda, że nie ma takiej jedwabnej jak ja mam?!

Ona ma …. a ja nie mam…

 

Nie chcę być jej siostrą – chcę być jej mamą. „Komplement” „wyglądacie jak siostry” uznaję za nietakt i kłamstwo. Nietakt wobec córki, kłamstwo wobec matki. Jeżeli nawet czujesz się jak jej siostra, to blask w oczach nie ten, koloryt skóry, żywotność w ciele nie taka. Czy naprawdę wierzysz w to, że nie można Cię od niej odróżnić?

Twoja energia i blask pochodzi już z piękna wnętrza. Spokoju, zgody, dystansu i dostojeństwa.

Czy na pewno chciałabyś jeszcze raz być taka młoda i przeżywać „to wszystko” jeszcze raz?

Nie zrozum mnie źle, nie chodzi mi o to, że mając -dzieści, czy –dziesiąt lat, masz się nie bawić, bronić przed spontanicznością czy radością i tylko powaga, dostojeństwo i dystans Ci zostaje. Wręcz odwrotnie. Jednak pozostaję przy stanowisku, – że masz czy dobrze jest, – abyś miała przede wszystkim „swoje” towarzystwo. I tam głównie realizowała swe potrzeby.

Najważniejszą lekcję radości, kobiecego piękna i spontaniczności odebrałam od mamy mojej przyjaciółki. Kobieta ta była, na tamten czas dla mnie ideałem kobiecości. Emanowała od niej, każdego dnia siła, spokój, ciepło z tym delikatnym dystansem. Można nazwać to też granicą. Było w tej kobiecie, zresztą jest do dziś, coś mistycznego, nienazwanego. I było kilka takich dni, kiedy ja, mojej przyjaciółki mama i moje przyjaciółki tańczyłyśmy rap, wszystkie w raperskich czapeczkach.

Była to lekcja jaką odebrałam od tej kobiety i noszę ją w sercu do dziś i czuję dla niej wdzięczność.

 

Nie chce być jej szefem, hamulcem, opornikiem, krytykantką – chcę być po prostu jej mamą.

Chce szanować jej wybory (choć mam nadzieję na nie wpływać, jeżeli będą dla niej zagrażające).

Nie chcę układać zadań w kalendarzu jej życia. Studia, kariera, mąż, dziecko dom itp., itd., Nie chcę wrzucać kolejnych własnych niespełnionych oczekiwań w serce i umysł mojej córki.

Nie chcę, aby mój lęk o nią sprawił, że nie będzie miała znajomych, przyjaciół, wyjść, wyjazdów i imprez, czy studiów poza miejscem swojego zamieszkania.

Nie chcę krytykować jej zdrowego egoizmu i postępowania zgodnie z jej przekonaniami i wartościami.

 

I w tym mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący i wszyscy święci i „nie święci”. Dopomóżcie mi też wszystkie kobiety tego świata, kiedy będę błądzić w swej Matczynej Drodze!

 

Skupiłam się dziś na córce, mam jednak w „zanadrzu” * wpis o tym, jaką  nie chce być matką dla mojego syna !

* „w zanadrzu” nie oznacza, że jest gotowy, ale jest w mojej głowie, przynajmniej jedno zdanie 😉

Napisz komentarz